Grudzień 2010
Pamiętałem południowe Chiny sprzed lat pięciu, kiedy z tow. Borją mknęliśmy hardseatem z zawrotną prędkością 30 km/h w kierunku sojuszniczego demoludu wietnamskiego. Pamiętałem ich różnorodność i egzotykę. Pamiętałem również, że tam jeszcze mnie zapamiętają, bo kiedyś wrócę. I wróciłem. Po Rosji, Chiny to jakby przenieść się z muzeum etnograficznego w Łowiczu do Instytutu Wysokich Napięć w Morach.
Manzhouli to miasto zbudowane chyba tylko na potrzeby granicznego handlu na środku równiny bez drzew, za to z obowiązkowymi -30oma stopniami w zimie. Piękne nie jest, ale wraz ze swoim rozmachem, chińsko-ruskimi ,,szczekaczkami’’ na ulicach, totalnie nie turystycznym klimatem – pozostaje w głowie. Zdecydowanie na dobre, nie na złe.
Niepewny jakości chińskiej strawy, na początek wybrałem coś pewnego – lokalny oddział KFC. Potrawy w nim tak samo jak miasto, podobne zupełnie do niczego, ale pomyślałem, że odpalę lapka i zejdzie kilka godzin oczekiwania do otwarcia kas biletowych. I tu zdziwienie – gniazdek nie ma, ale chińczyki wiedzą jak zadowolić Klienta i dwóch się rzuciło na demontaż donic i części boazerii za którą było jakimś cudem schowane gniazdko. Wifi jednak nie było, ale z gniazdkiem pomogli, co więcej skutecznie kibicowali w zamawianiu potraw z lokalnego menu. Lubię Chińczyków. Acha no i ceny… wszystko 4 razy mniej niż za pobliską granicą. Oczywiście do kupowania czegokolwiek dobrze posiadać podstawowe zdolności malarskie. Czasem wystarczą wokalne. A czasem żadne nie pomogą, ale o tym miałem się przekonać w dalszej podróży.
Na stacji w Manzhouli byłem zjawiskiem, co z Chin również pamiętałem. Okazało się jednak, że mam konkurencję. Konkurencja stała w futerku, futerkowej czapce i z ,,życzliwym’’ spojrzeniem. Masza, bo tak miała pasażerka na imię – mówiła płynnie po chińsku, miała męża muzyka- Filipińczyka i na stałe mieszkała w Pekinie. Chin jednak za bardzo nie znała, a Hong Kongu bała się już w szczególności – ,,bo filmy zawsze pokazują ile tam jest złych ludzi’’… Chińskiego nauczyła się z telewizji (!). No cóż, żyłki podróżniczej może nie miała, ale z pewnością była to ciekawa persona. Pożegnaliśmy się i wsiadłem do swojego wagonu gdzie czekała na mnie leżanka. Z dermy, czysta i trzecia. Trzecia od dołu z sufitem 20 cm od twarzy. Zaczynają się Chiny pomyślałem i serdecznie się ucieszyłem.
Grudzień 2010
Jakiś podróżnik kiedyś napisał odkrywając Mandżurię, że Bóg tworząc raj ukrył go bardzo dobrze. Gdzie się on znajduje nie wie nikt, za to wie na pewno, że w Mandżurii to go On nie umiejscowił. Coś w tym było stwierdziłem docierając do chińsko/ruskiej granicy w Manzoulii. Płasko, bez drzew, bardzo wietrznie i trzaskająco zimno. Raczej nie zachęcająco. Budynek ruskich pograniczników jak barakowy terminal Chopin na warszawskim Okęciu. Styl odprawy podobny. Za to budynek Chiński – coś pomiędzy lotniskiem we Frankfurcie a Barajas. Styl odprawy też taki.
Ale znam ja te ich sztuczki. Kiedyś na przejściu China- Vietnam również zatkał nas rozmach chińskiej placówki, wietnamską spychając do roli co najwyżej płatnego szaletu. To są ich standardowe numery obliczone na opad szczęki podróżników. Skuteczne zresztą.
Tak czy tak – dobrze było być już w Chinach. Wyszedłem po odprawie przed budynek, wciągnąłem lodowate powietrze i pomyślałem – Mandżuria – tu się oddycha…
W międzyczasie jeszcze poznałem w busie granicznym rosyjską biznes women w futrze do kostek. Znając lokalne klimaty bardzo mnie wsparła szepcząc słowo u lokalnych cinkciarzy na chińskiej ziemi. Przypomniały mi się słowa hymnu transformacji ,,Przemytnicy i celnicy… czyli orgazm na granicy….’’.



Grudzień 2010
Do granicy zostało kilka godzin. W wagonie w jednej trzeciej same Chińczyki. Zanim ich zobaczyłem to dobrze ich usłyszałem – kto obcował z Chińczykami ten wie o czym mowa. Niemniej bardzo lubię chińczyków i co uderzyło mnie w tym internacjonalistycznym wagonie to że o ile prowadnice (,,lierownice’’ wagonów, drugie po Bogu), widzące inastrańca z plecakiem reagowały bardzo pozytywnie, to na żółtych sąsiadów reagowały dość alergicznie. A sami ruscy pasażerowie – całkiem obojętnie. No może za wyjątkiem jednej gwiazdy, która okupując gniazdko elektryczne ładujące jej komórkę, traktowała spragnionych prądu do swoich komórek azjatów czubkiem swojego seksownego kozaczka. Przykre to dość było. Zacząłem się nawet zastanawiać czy aby władza nie wydała dla ludu jakiegoś okólnika w kwestii ,,serdecznego’’ traktowania licznych jakby nie patrzeć sąsiadów. Ale to może tylko w mojej głowie.
Grudzień 2010
W zasadzie w Ułan Ude nie planowałem postoju.
A wypadło mi poczekać 12 godzin na pociąg do granicy. I mimo, że odjazd nie odbył się bez dużych przygód, to Ułan wspominam bardzo fajnie.
Przede wszytkim przywitała słoneczna i równie mroźna co w Irkutsku pogoda. Zupełnie spodziewanie temperatura około -30 w ciągu dnia. Dookoła pagórki (w życiu bym nie przypuszczał że Syberia może być choć trochę górzysta). Miasto nie przytłaczało, za to miało jakiś dziwny, serdeczny klimat. Wszystko wolniej, ludzie może nie z uśmiechem, ale z podkręconym wąsem nad ustami.
Już po pierwszej godzinie poznałem na mroźnej ulicy parę gentlemanów w starym stylu – Aleksieja z synem. Okazali się być kopalnią wiedzy lokalnej, historycznej, politycznej. Zwiedziliśmy chyba wszystkie herbaciarnie w mieście, gminę żydowską, kazachsko-buriacki-mongolski bazar. Ten ostatni zapamiętam jako prawdziwy ,,Jarmark Europa’’ – tylko bardziej autentyczny. Aleksiej okazał się być ratownikiem (błysnął nawet legitymacją), a jego 20 letni syn – chodzącą encyklopedią, zawstydził mnie nieraz swoją wiedzą z historii polski. Niesamowicie serdeczni ludzie. Ciekawi świata, zwyczajów, inastrańców. Niestety – uziemieni przez system. Szkoda…
Odjazd z przygodami, bo pociąg podstawiono na inny peron, a zanim tego dokonano przemierzyłem całe zamarznięte torowisko w poszukiwaniu właściwego wagonu, pełnego już chińczyków zresztą. Wrażenie bezcenne, ale o tym w kolejnym poście. A Ułan Ude – zapamiętam dobrze.
Grudzień 2010
I dojechałem do Ikrutska. Czyli bliżej niż dalej do rusko-chińskiej granicy światów. O piątej rano przywitało mnie -35. Myślałem, że gorzej to zniose. Na brodzie tylko zrobiły mi się sople, ale samopoczucie całkiem niezłe. Tylko tak po godzinie szukania hostelu, mój entuzjazm nieco opadł. Jak już znalazłem, w trybie przyśpieszonym pozbywałem się wszystkich warstw termicznych. I to już na klatce schodowej, z uczciwą temperaturą + 27-30 stopni – żeliwne niezawodne i nieregulowane w żadnym stopniu konstrukcje znane z naszych blokowisk. W samym hostelu (czyli mieszkaniu) toże.
I tak w zasadzie wszędzie, na zewnątrz ponad -30, a w budynkach + 30 (prawie), tutaj chylę czoła przed licznymi kioskarzami, operatorami bud, baraków, blaszaków itp. Nie wiem jak oni w temperaturze swoich lokali – wytrzymywali. Temperatury zbliżone oczywiście do tych pierwszych.
Pokręciłem się po Irkutsku kilka dni podpatrując życie codzienne mieszkańców. Po raz kolejny nasuwa mi się analogia do realiów Polszczyzny. Zimno, szarawo, zabiegani ludzie nienachalnie serdeczni. Do tego nie tanio, wręcz całkiem jewropejsko. I tu zaświtała w mej głowie nieśmiało myśl, że trzeba być może przyśpieszyć nieco tempa wyprawy odkładając podróżnicze frazesy na półkę…
Myśl zaświtała, 2 godziny później kupiłem bilety na kolejny odcinek Irktusk – Ułan-Ude. Z repertuaru wypadł Bajkał – i tak przez wszystkich lokalsów przedstawiany jako miejsce zupełnie niewarte odwiedzenia w środku zimy. No cóż, sprawdzić nie było mi dane…

To pytanie cały czas męczyło mnie zanim przestąpiłem schodek wagonu. Wiadomo, procenty z lekami się nie kochają, więc wiedziałem, że przesadna integracja w ramach przedziałów mi nie grozi. Myliłem się, co do samej integracji. Co innego jeśli chodzi o spożycie. Nawet trochę żałowałem, że nie mogłem zostać członkiem klubu degustacji ,,Staroruskiej’’.
Z grymasów pasażerów wnosiłem, że smakuje jak nasza ,,Siwucha’’. Czyli klasa sama w sobie.
Moją decyzję, wszyscy bez wyjątku uszanowali. Przede wszystkim Ci których poznałem na samym początku trasy. Dwóch oficerów Policji. To był w zasadzie trzon klubu konesera. Choć policmajstry, to mega serdeczni i autentyczni. W samym przedziale trafiła mi się dwudziestokilkuletnia pielęgniarka Nadja ze swoją pocieszną małą. Już pierwszy wieczór to integracja maksymalna. Co przedział to inna historia . Jeden przedział to np. starsze małżeństwo (po mojemu dawnych aparatczyków) emigrujących do syna w USA. Ich piątka dzieci rozsiana po całym świecie, a u ich mamy widać trochę tęsknoty za systemem którego nie ma, za dzieciakami, które nie akceptują tego jaki był i jaki jest teraz. Inny przedział to Misza i jego dziewczyna. Bardzo śmieszni, młodzi ludzie. Niepotrzebnie tylko pokazali mi swoje polowanie na niedźwiadki. Ja wiem, że nie takie małe, ale po co zaraz zabijać. Najlepiej jednak poznałem wspomnianych oficerów oraz Nadję i jej małą. Poniżej słów kilka o każdym z nich.
Sasza. 29 Lat.
Od kilku lat w Policji. Zarobki szmaciane, ale każdy ma prawo powyżej stażu sobie dorabiać. Sasza pracowity bardzo więc ,,wszedł’’ w wykończeniówkę i sprowadzane samochody. Wyrabia kilka dodatkowych pensji bez problemu. Cyka również foty swoim zenitem. Niestety tylko do szuflady. Ogólnie zadowolony z życia. Stanu już wolnego.
Michaił. 35 lat
Od wielu lat w Policji. Żona, dzieci, nie dorabia zbytnio nigdzie. Ogólnie dość ma życia w Rosji i realiów. Miałem wrażenie, że to przeciwieństwo Saszy. W każdym calu. Z Michaiła bił jakiś wewnętrzny smutek.
Nadja.24 Lata
Od niedawna pielęgniarka. Kokosów w pracy nie ma ok. 150 euro. Ma jednak paszport, była w Chinach. Wie, że chciałaby pojeździć dalej, ale mała, praca. Wiadomo, nie łatwo. Ale mała bardzo śmieszna, trzeba przyznać.




Grudzień 2010
Wiele słyszałem o Transsibie. Że bywa niebezpieczny, monotonny, gorący. Po mojej wycieczce mogę stwierdzić – nie bywa. Gorący, może razy kilka. Ale to z powodu promocji. Bo to w promocji kupiłem bilety na trasę Moska- Irktutsk. Nabrałem się na wyższy standard (kupiennyj) w cenie niższego (plackartnyj) to i miałem parę nocy na górnej pryczy w temp. jakieś 30 stopni.
Tak to jest gdy się leci na luksus, tym bardziej, że obsługa kas biletowych bynajmniej do zakupu miejsc wypasionych nie zachęca. Jedynie dzięki dobrej radzie wujka… tj. kolejkowicza za mną, o czym wspominałem post niżej – skorzystałem z promocji o której wiedział tylko ów kolejkowicz i tablica informacyjna przy wejściu. I może baba z kasy – ale ona się nie liczy, bo nie chciała się tą informacją podzielić.
Większość osób, które znam podróżowała transsibem w lecie. Mi wypadło podróżować nią w środku siarczystej zimy. Gdybym miał drugi raz jechać transsibem, to mimo iż nienawidzę mrozów- jak w dym wybrałbym znowu podróż o tej porze. Ludzie, syberyjskie widoki (w sumie to jakie inne miałyby być), klimacik pociągów – to wszystko wciąga… A klasa pociągu… no cóż to był luksus. Ale w latach 70tych. Wiecie takie tam wykończenia kategorii ,,S’’: materace z dermy na pryczach, okleina drewnopodobna i nawet kibel z wodą nie na pedał (!). Pewnie zrobiony na specjalne zamówienie u tow. Ericha (guru DDR).
Aha no i poza sezonem tj. w zimie nie ma żadnego problemu z zakupem biletu. Normalnego, nie promocyjnego.




Listopad 2010
I Rosja to dla mnie zupełna nowość, Moskwa tym bardziej. Moim zupełnie irracjonalnym marzeniem było zobaczyć Syberię. Irracjonalnym, bo jako, że nie jestem fanem polskiej aury to im dalej na wschód… wiadomo.
Istotnie. Na miejscu zrozumiałem czemu moskiewska aura nie wzbudziła w armiach Napoleona i Hitlera przesadnego optymizmu.
Za to Moskwa wita z rozmachem. Zaczęło się od przepastnych blokowisk, potem przepastnych torowisk i uroczych zakątków zbliżonych do klimatu byłego już (eh…) Jarmarku Europa. Potem mnoga bud z kebabami (przepysznymi), mydłem powidłem, drożdżówkami – słowem Francja elegancja. Taka estetyka a’la Dworzec Wschodni (przed remontem).
Na Moskwę niestety również było niewiele czasu. Nie było to moje miasto docelowe, ani przystankowe więc znowu tylko z 10 godzin na spacer w mrozie. Miasto trzeba przyznać robi wrażenie. Centralne ulice bardzo zadbane (przynajmniej od frontu), sporo parków, dużo pięknej zabudowy. Ogólnie czuć pieniądz no i … pogoń za nim. Dziewczyny ładne, ale bez przesady. Stężenie focha dość znaczne (to chyba przypadłość wszystkich stolic, byłych demoludów). Kapitalizm konsumpcyjny przez duże ,,K’’. Nasza stolica może czyścić Moskwie buty językiem… póki co.
Sami Rosjanie i to już miałem się przekonać nieco wcześniej – bardzo serdeczni. Powiedziałbym, że niczym się od nich nie różnimy (wiem wiem, sporo osób się tu oburzy) tylko taka autentyczna serdeczność u nich jeszcze większa. To cecha, która u nas niestety powoli ginie… Pierwszy kontakt bywa chłodnawy, ale to tylko maniera taka. Jak usłyszą że z Polszy, że turista – otwierają się bardzo.
Z bacznych obserwacji za to wynika, że wszelka władza odziana w mundur- czy to baba za kasą w metrze czy to buc milicjant jako żywo przypominający naszych funkcjonariuszy z filmów Barei – ma w głębokim poważaniu obywatela. Własnego, cudzego… nie ważne. Przykładowo taka scena w moskiewskim metrze: stoję sobie grzecznie w mega długiej kolejce po bilecik, skoro świt, a i ze mną moskwicze (jak ich sobie na swój prywatny użytek nazwałem). Złożyło się jednak, że źle kasę odliczyłem, baba zatem serdecznie mnie oszczekała, stanąłem obok, dobyłem zaskórniaki i znowu do kolejki. Baba znowu szczeka, aż tu nagle, kolejkowicz zza moich pleców spokojnie mówi do serdecznej, że przecież ja inastraniec itd. Po jego stronie stanęła kolejka, baba zmiękła. Sprzedała bilet. Innym razem pytam o coś policmajstra – popatrzył na mnie jakby miał powiedzieć ,,co ten plecak taki brudny’’ – burknął coś i tyle. Jakiś mieszkaniec podszedł do niego po mnie zaraz – jeszcze bardziej mu się dostało…
Za to na dworcu jakieś dziewczę z kolejki za mną niesamowicie uczynne i serdeczne, za rączkę doprowadziło mnie do ATM’u, potem do kasy, potem wszystko uzgodniło w kasie, potem zapytało czy jeszcze w czymś pomóc. To wszystko nienagannym angielskim. Inny kolejkowicz o wyglądzie wojewódzkiego sekretarza partii (wicie rozumicie czapka z gronostaja i kołnierz, uroda gruzińska) podpowiedział, ze jest promocja na Transib o czym sam bym nie wiedział, a tym bardziej od baby z kasy, ale o tym później. Inne dwie pasażerki (patrz obrazek), również na dworcu będąc przejazdem (w drodze do Murmańska)– wiele chciało się dowiedzieć o turiście z polszy itd… 10 godzin minęło sam nie wiem kiedy.



Listopad 2010
Przekroczenia granicy celnej państwa polskiego zawsze powodowało u mnie jakowąś podnietę, a nuż do czegoś się czepną, a to do papierów, a to do za małej ilości gotówki, a to do za dużej, a to do profesji….
Niestety obecne przekraczanie granic, nie daje już podniety. Natomiast zdecydowanie daje ją podróżowanie ukraińskimi marszrutkami
. Koła się toczą, baby się pocą, żeby zacytować klasyka. Jednocześnie kierowca zatrzymujący busa w szczerym polu i doprowadzający szamoczącą się babcię do porządku nieśmiertelnym ,,babuszka, nie piereżywaj” – daje to posmak klimatu rodem z Barei.
Na Lwów miałem niewiele czasu, bo tylko 8 godzin dzielące mnie od świtu. Odziany od stóp do głów w termiczne wdzianko, z aparatem w zmarzniętej nieprzesadnie dłoni. Pierwszy raz widziałem Lwów i powiem szczerze – bardzo pozytywne wrażenie. Może to zasługa magicznej, przejrzystej nocy, może uroczych studentek cierpliwie wysłuchujących dukania zagubionego turysty, a może pięknych kamienic. Sam nie wiem. Lwów wygląda jak miniatura Krakowa sprzed lat kilkunastu.
Uwzględniając również ceny i bezinteresowność ludzi. Dodatkowo dostałem kociej mordy gdy za bilet tramwajowy przyszło mi zapłacić 50 gr. Jak mi wytłumaczyła zapoznana pasażerka – takie ceny to przez studentów, wcale mnie to bynajmniej nie martwiło. A całonocny spacer po Lwowie w scenerii żywcem jak z dziadowskiego, piraconego na kasetach vhs filmu ,,Skowyt”- dopełnił wizerunku magicznego na wskroś miasta. Postanowione. Do Lwowa wrócę. Nie wiem kiedy i czy w ogóle, ale wrócę.



Listopad 2010
Ponieważ moja wyprawa, była pierwszą, której chciałem nadać choć ćwierć profesjonalny charakter, postanowiłem zasięgnąć języka. I to nawet nie chodzi o mój płochyj ruski czy english (kein problem) – tylko o rady podróżnicze, prawdziwych koneserów przemieszczania się. I to długoletniego. Spotkałem się zatem z Gosią Maniecką, o której jeszcze będzie – od prawie 30 lat w podróży, a i wiele przegadałem z moim bratem – krócej zdecydowanie w trasie, ale za to specyficznie, z akcentem na najniższe koszty i maximum kolorytu (czytaj hard seatem 1000 km po Chinach) .
Oboje zgodnie twierdzili – do porozumiewania się z lokalnymi plemionami musisz posiadać uniwersalny translator- komunikator. Poniższe zdjęcia są wykonane z pektywy czasu, kiedy to zaawansowane urządzenie spełniło swoją funkcję w ok.110% – nigdy nie zawiodło, co więcej dalej nie zawodzi. Pomogło nawiązać internacjonalistyczne przyjaźnie, zebrać około 100 maili, poruszać się płynnie po Chinach, rozwijać talenty plastyczno-komunikacyjne i wiele innych.
Od Gosi otrzymałem prawdziwą garść dobrych rad, za które serdecznie dziekuję. Pozwoliły mi uniknąć chwilowych spadków morale, zaznanych licznie w Am. Płd. np. podczas znalezienia się w Andach na 4000m.n.p.m w klapkach kubota i przetartym tiszercie – wszak jechałem w tropiki.


Leave A Comment